once upon a time

ideały są jak gwiazdy, niekoniecznie trzeba do nich dojść, ale trzeba się w nich orientować

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Postanowiłam wstać, iść na zajęcia, być dobrym studentem i nie zawalać tego roku jeszcze bardziej niż już udało mi się go zawalić (o dziwo, jeszcze trochę jest do zepsucia). Wstałam więc, pomimo wewnętrznego krzyku i niezadowolenia, na swój pierwszy wf w tym semestrze. Tym razem miało wszystko się udać, ponaprawiam, co zepsułam i wszystko będzie cacy. Siedzenie w domu i gapienie się w ścianę to nie jest żadne rozwiązanie. Szkoda, że jeszcze rano nie wiedziałam, że gdybym została w domu, to bym była szczęśliwszym człowiekiem.

Long story short: zdążyłam ze swojego przemiłego stylu bycia, wcale nie gburowatego, zniechęcić do siebie prowadzącego wf-u i wywrzeć tym samym okropne pierwsze wrażenie. Po wf-ie nie zdążyłam na angielski, bo zajęcia te się pokrywają i znalazłam cudowny sposób jak zawalić kolejny przedmiot – próbować zaliczyć wf. Zrezygnowana poszłam do domu, mając nadzieję, że szczeniak zostawiony w mieszkaniu poprawi mi humor. Zanim jednak tam dotarłam, upuściłam telefon (pierwszy telefon, który udało mi się jako tako zakupić samej, za pierwszą w życiu wypłatę; ma z rok niecały), który ma teraz na ekranie przepiękną pajęczynkę. Zakładając, że gorzej już być nie może, zadzwoniłam do mamy. Protip: dzwoniąc do mamy zawsze może być gorzej, szczególnie jak mam zły humor. Tak więc udało mi się z nią pokłócić. Jedyna nadzieja w szczeniaku. Na dzień dobry przywitała mnie kupa. Pomyślałam „no trudno, widocznie bardzo musiał”, zrozumiałam. Siki też. Telewizora leżącego na podłodze i mojej torby całej wybebeszonej na łóżku już nie. Na telewizorze nie zrobiła się przynajmniej pajęczynka, myślę, że to jakiś plus. Torba jest zjedzona doszczętnie, porwana i zniszczona. Z torby wszystko wyciągnięte i przeżute (łącznie z jego książeczką zdrowia!), flamastry i długopisy połamane (czego wynikiem jest zabrudzona pościel, wszystkie wkłady się wylały. Ulotki, paragony i cokolwiek tylko papierowego było w torbie – porwane. Na szczęście nie było tam portfela, ten przezornie zabrałam ze sobą. Normalnie miałabym pretensje do siebie, ale specjalnie schowałam tę nieszczęsną torbę za telewizor, żeby tam nie sięgnął. Oczywiście, jak na kochanego szczeniaka przystało, on był zainteresowany tylko tą torbą, niczym innym najwidoczniej. Gdzie na ziemi leży miotła, milion jego zabawek, parasol i poduszki. Nawet butelka jakaś. Mało tego, na wysokości jego oczu, obok posłania leżą na odkrytych półkach książki. On musiał dorwać się do jedynej rzeczy, do której mu nie wolno było. Od godziny siedzę w tym bajzlu. Po początkowym zaryczeniu się na śmierć przyszła pora na zobojętnienie. Pies wie, że nie jestem zadowolona, bo zwinął się w kłębek i śpi z daleka ode mnie. Chyba też to zrobię, posprzątam później.

Morał jest krótki – nie staraj się naprawiać swojego życia, wegetuj w domu dalej.
Tagi: tag
04.04.2016 o godz. 12:44

07/11/2015
Tagi: mel
21.02.2016 o godz. 19:04

3 chujowe lata
Tagi: tag
27.10.2015 o godz. 18:35

Powiedziałam sobie - w końcu - w myślach, że muszę iść do lekarza. Dostrzegłam coś, co wiedziałam od dawna, a do czego nie potrafiłam się przyznać nawet w myślach. Aż do niedawna. I co teraz? Samo przyznanie się do problemu nie czyni go automatycznie mniejszym, mam wrażenie, że w tej sytuacji nawet wręcz przeciwnie. Nie potrafię się zmusić do podejścia do lustra i powiedzenia sobie na głos „stara, musisz iść do lekarza”. Nie wspominając o tym, że nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa o tym komukolwiek innemu. I nie wiem, co mam zrobić. Czytałam swoje wcześniejsze notki. Przeanalizowałam sporo zachowań, wydarzeń, sytuacji. I wszystko nabiera jako-takiego sensu. Ale z drugiej strony jeszcze bardziej ten sens gdzieś tracę. Bo co jeśli zwyczajnie w świecie wkopuję się w coś, co nie ma miejsca. Jestem po prostu leniwa. Zmęczona. Zła. Wredna. Taki mam charakter. Taka jestem. I nie mam żadnej wymówki. A później myślę sobie „kurczę, tak jakby to już mi o czymś mówi”. I jestem jeszcze bardziej zdezorientowana. Bo jak bardzo można być leniwym. Jak długo można być zmęczonym. Niezainteresowanym, znudzonym. Smutnym. Smutek. Długo byłam smutna, tak myślę. Pamiętam, że przed wyprowadzką dużo płakałam. Było to tylko około roku temu a i tak nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego płakałam. Czy chodziło o mnie, czy chodziło o nich. Czy chodziło o cokolwiek. Wielu rzeczy nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć. A próbuję. Próbuję sobie przypomnieć wiele rzeczy z mojego dzieciństwa, przypominają się tylko te, do których nie chcę i nie potrzebuję wracać. Próbuję przypomnieć sobie wydarzenia sprzed paru miesięcy. Nie mogę, choć wiem, że miały miejsce. Ludzie, miejsca. Uśmiechy. Chyba już nie jestem smutna. Nie jestem też szczęśliwa. Obojętna. Jak długo można być obojętnym. A może to normalne, że potrafię w miarę cieszyć życiem, uśmiechać, śmiać i płakać, kiedy jestem w towarzystwie i kiedy coś ludzi dotyczy, a w samotności po prostu jestem. Nie wiem, co powinno normalne. Wiem, co jest normalne dla mnie. A normalne nigdy nie znaczy automatycznie dobre. Źle się czuję. Tak ogólnie. Fizycznie, psychicznie. I czuję, że ludziom na mnie zależy. Wiem to. Dostałam tego dowód nawet od ludzi, po których bym się tego nie spodziewała. I to całkiem niedawno. I niby mi miło, a niby mam to gdzieś. I niby mam znajomych, a czuję się samotna. Niby mam pracę, a nie mam co ze sobą zrobić. I niby studiuję, a nie mam na siebie planu. I to wszystko jest gdzieś koło mnie. Ludzie, praca, studia. Gdzieś obok tego wszystkiego jestem ja. Zawsze obok. Zawsze gdzieś zgubiona po drodze, nigdy w tym kierunku, którym trzeba albo chociaż w tym, który pokazują inni. Zawsze obok. I będąc obok zawsze mijam się też sama ze sobą. I sama sobie nie potrafię pomóc. I nie pozwalam też, by inni mi pomogli. Dlatego samo to, że dotarło do mnie, że powinnam pójść do lekarza w żaden sposób nie rozwiązuje mojego problemu. Jakikolwiek by on nie był. Bo i tego nie wiem. W ogóle niewiele wiem. Wiem, że już się nie boję. Wiem, że nie czuję ekscytacji. Wiem, że niczego nie oczekuję. Wiem, że jestem. Ale tylko jestem. Bo muszę.
Tagi: tag
02.10.2015 o godz. 23:39

co ja tu jeszcze robię

praca idzie zaskakująco dobrze i to tyle
wraca studiowanie po paru miesiącach
a mnie się już nie chce
wszystkiego
dosłownie wszystkiego

;
Tagi: nope
30.08.2015 o godz. 22:12

and I wanna kiss you, make you feel alright
I’m just so tired to share my nights
I wanna cry and I wanna love
but all my tears have been used up

zgubiłam się gdzieś w prawdziwym świecie. studiuję, pracuję. żyję. niby trochę inaczej, ale jednak ciągle tak samo. problemy te same i tylko ludzie się zmieniają. przychodzą, odchodzą.

jak zostaję sama w mieszkaniu, to dopiero wszystko przychodzi. myśli. wątpliwości. pytania, zmartwienia.

zła jestem. na innych, na siebie. przede wszystkim na siebie. tym razem miałam być mądrzejsza, tym razem miało być inaczej.

fakt, że znowu nie jestem wystarczająco dobra powinien boleć. nie boli. czuję pustkę.

wracam tu tylko jak mi źle. i choć w tej chwili mi źle, cieszę się, że moje wizyty tutaj są tak rzadkie. nie wiem, czy to kwestia tego, że rzadko mi źle, czy tego, że normalne, zwyczajne życie pochłonęło mnie i internet nie jest już tak często odskocznią. tak czy inaczej, bez pytań godzę się na ten układ. i byle nie napisać notki już nigdy... albo chociaż nnie w najbliższym czasie
Tagi: TAG
12.04.2015 o godz. 18:55

Mój biedny stolierek został opuszczony, wstyd mi.

Niby nic się nie dzieje, niby dzieje się wszystko. Niby mi się nudzi, niby nie mam na nic czasu. Niby na studiach czuję się jak w przedszkolu, niby mam wrażenie, że cały świat wali mi się na głowę.

Samo studiowanie jest łatwe, proste i przyjemne. Mam mnóstwo wątpliwości co do kierunku, który obrałam sobie jako dzieciak, ale dzielnie trwam i czekam na tę iskrę, która obwieści: "tak, to właśnie to!". Jak jej nie będzie do września tego roku, to bez żalu się rozstanę ze swoim pięknym uniwersytetem, którego nikt, na czele z samym uniwersytetem, nie ogarnia. Nie chcę spędzić pięciu lat życia na beztroskiej zabawie i obudzić się później z ręką w nocniku, "no bo jednak to nie to", "nie chcę tego robić", "nie widzę siebie w tym zawodzie". Na razie czekam. I szukam tego dzieciaka, który chciał studiować właśnie to. Zapytam jak mu się to wszystko widzi, ale najpierw muszę sprawdzić, czy on jeszcze gdzieś tam we mnie jest.

Trzydzieści tysięcy razy mieliśmy stanąć na nogi, trzydzieści tysięcy i jeden raz upadliśmy. Chyba jeszcze za mała jestem, żeby podjąć odpowiedzialność, żeby ją zrozumieć w ogóle. Chyba za długo żyłam w swojej bańce, którą nagle ktoś po chamsku przebił. I nie wiem, czy jestem mu za to wdzięczna, czy go nienawidzę. Na tę chwilę czas dorosnąć.

CV napisane. Nigdy w życiu nie widziałam tak brzydkiego CV, ale widzę, że ono próbuje się po prostu zidentyfikować i z moją absolutną niechęcią przed podjęciem jakiejkolwiek pracy. Trzydzieści wdechów, trzydzieści wydechów, 20 wysyłamy pierwsze. Jeszcze list motywacyjny. Da się brzydko napisać list motywacyjny? Cóż, przekonam się już niedługo.
14.02.2015 o godz. 12:36

w sumie to żyję
Tagi: tag
21.12.2014 o godz. 21:08

za trzy dni stolier ma dwa latka a jutro miną dwa lata jak ciebie nie ma

1. prosiłam, by nie było jak w 2009 i proszę, choć to mi się w życiu udało, blog trzyma się ze mną dwa lata, cuda się zdarzają.
2. to śmieszne, że nie mogę dnia przebrnąć bez myśli o tobie; z drugiej strony - myśl o tobie jest bardzo kojąca i już nawet nie bolesna.

studia dają radą, ludzie też. życie samotnie też jest spoko, choć nie ukrywam, że łatwiej byłoby z jakimś zwierzakiem, tylko gdzie znaleźć czas, by się futrzakiem opiekować. rodziców widuję za rzadko, o innych ludziach, których zostawiłam te ponad 360 kilosów stąd nawet nie wspominam. od wyprowadzki brata widziałam raz... za tydzień jadę do domu, może też wpadnie? pomyśleć, że jeszcze miesiąc nie minął, a ja mam wrażenie, że "swojego" świata nie widziałam wieczność. ludzie tutaj są naprawdę cudowni, miasto jest urocze... ale coś mi nie gra. moje życie jest tam. i jeszcze długo będzie tam. jak się z tym uporać?
Tagi: tag
26.10.2014 o godz. 20:38

Zaskakująco dobrze się to wszystko układa. Pierwsze dwa dni zajęć za mną. Pierwszy tydzień mieszkania samotnie za mną. Jest dobrze. Ciekawe na jak długo.
Tagi: tag
07.10.2014 o godz. 17:56

A jednak udało mi się zainwestować w klawiaturę fizyczną! Cóż za sukces. Czyli w sumie nie musiałam zawracać głowy staffowi bloblo, ale hej! i tak doceniam odblokowanie możliwości dodania notki dotykowo z tabletu. Pewnie jeszcze kiedyś i tak się przyda, tak więc ciągle jestem wdzięczna.

Zmiany zbliżają się wielkimi krokami, a ja zastanawiam się, czy to, co czuję to ekscytacja, czy może jednak przerażenie (good job z przecinkami). A może miks obu? Tak czy siak - w poniedziałek wyprowadzka. Zaczynamy prawie-dorosłe i prawie-samodzielne życie. Już widzę jak idzie cudownie (sarcasm off). Wszystko już gotowe, tylko spakować ciuchy i zostawić za sobą ten syf, czasem wpadając w odwiedzinki do rodzinki.

Już za niedługo zacznie się moja mała przygoda. Może nie umrę.
25.09.2014 o godz. 18:20
"If you really knew me..." Trzy kropki. Pisałam zdanie - kasowałam. Pisałam trzy - kasowałam jeszcze szybciej. Mam napad myśli, które tak strasznie chciałabym tu przelać, które naprawdę chciałabym napisać. Ale nie mogę. Blokuję się. Nie tak miał wyglądać ten blog. Czytałam niedawno notkę którejś użytkowniczki - trafiła w sedno, zwracając mi uwagę na mój własny problem. Tu nie chodziło o to by się powstrzymywać, by zatajać pewne fakty. To tu miała być moja bezpieczna przystań, to tu miał być mój kącik "przyjdź się wyżal i wracaj do życia". Tymczasem prowadzę tego bloga i nic nie ulega zmianie, nie jest mi lżej. Wstrzymując najsilniejsze uczucia, wyłączam komputer i znowu płaczę w poduszkę. Zatrzymując na chwilę swoją paplaninę w tłumie ludzi, automatycznie zamykam się w sobie i wszystko wraca. Każdy lęk. Każde zawahanie. Panika. Nie udało mi się osiągnąć swojego celu. A może nawet ja sama nie wiem co było tutaj moim celem?

Chyba przyszedł czas dorosnąć. Poradzić sobie ze swoimi atakami przeciw sobie samej. Czas przestać chować głowę w piasek, uciekać od problemów, zapłakiwać problemy i strachy. Blog jest tylko kolejnym zamiataniem pod poduszkę. Kolejną pozą, kolejnym przebraniem. Kolejnym udawaniem, że wszystko jest w porządku. Na tym koniec.

"- Lubisz siebie?
- Bardzo siebie lubię."
Nie tylko w szkole nie potrafię być szczera. Przykro mi i mam nadzieję, że wpadnę tu jeszcze czasem.
17.09.2013 o godz. 20:04

"Na szczęście pomału, odpukać, stajemy na nogi."

A ja nie miałam serca jej powiedzieć, że już to słyszałam.
Parę razy.
14.08.2013 o godz. 21:35
Czuję, że wraz z bohaterami The Valleys (Ekipa z Cardiff) osiągnęłam całkowite dno intelektualne. Amen.

MTV z ekipami jest za pan brat od dawien dawna: Jersey Shore, Geordie Shore, a teraz The Valleys. Dwie wcześniejsze nigdy wyżyn nie sięgnęły, ale po wczorajszym seansie... Ekipa z New Jersey wydawała się jeszcze całkiem - jakby to napisać - ogarnięta. Jasne, to ciągle poziom MTV, a więc nic ambitnego, nic na warto spojrzeć dwa razy (a czasami choćby i raz), ale ta ekipa z USA wydawała się mieć jakieś pokłady moralności w sobie. Gdzieś tam głęboko ukryte, ale były. Potrafili się wykazać. Mieli w sobie coś płytkiego i głupiutkiego, ale byli całkowicie niegroźni. New Jersey spadło z anteny przez problem społeczeństwa z programem po paru latach emisji. I co nam to dało? Newcastle - Geordie Shore. Good job society, damn good job... Oglądając Georide (wszystkie sezony!), nie raz czułam się zażenowana reprezentowanym przez geordie people poziomem. Inteligencja niektórych członków ekipy doprowadzała do mojego ciągłego facepalmowania. I kiedy już myślałam, że gorzej być nie może i niżej nie upadnę; Geordie dobiega końca, cóż MTV, kończymy zabawę? LOL, nope. MTV wpada na genialny pomysł: wyprodukujmy kolejną ekipę! I tak powstało The Valleys (Ekipa z Cardiff). Przysięgam absolutne dno intelektualne.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że po The Valleys nadejdzie czas na jeszcze większych retardów (is that even a word?). I większych, i większych. Kto wie? Może i my doczekamy się swojej ekipy? Tak lubimy inspirować się zagranicznymi formatami. Już niedługo w ramówce MTV Polska: Ekipa z Sosnowca (przepraszam, to pierwsze miasto, jakie przyszło mi na myśl, plz ppl don't h8 on me [like I care]). Chyba właśnie wpadłam na pomysł, jak dorobię się milionowej fortuny. Cóż, prawdopodobnie nie powinnam tego pomysłu tu publikować. Tyle stracić.

Najbardziej boli mnie jednak w tym wszystkim fakt, że MTV nie puszcza tych wszystkich ekip, bo ma taką ochotę. To ludzie, tacy jak ja, nakręcają tę maszynkę. Well, fuck my life.

przepraszam za kaleczenie zarówno języka angielskiego, jak i ojczystego; po prostu jestem do bani + oglądam Ekipy, nie spodziewajcie się ode mnie poprawności, jakiejkolwiek
05.07.2013 o godz. 21:38

17.05.2013 o godz. 15:56



LEGENDA!
Płaczę i śmieję się na przemian. Dziękuję, Piłko, że potrafisz wywoływać u mnie takie emocje. Na koniec sezonu bardzo możliwe, że będę ryczeć jak mała dziewczynka, ale teraz jest cudownie i ciągle jest nadzieja. A jeśli nie tu? Będziesz gwiazdą gdzie indziej i będę cię wspierać. Choć i tak będę ryczeć. DZIĘKUJĘ.
Tagi: legenda
11.05.2013 o godz. 15:43
I choć wszyscy wiemy, do czego odnoszą się te słowa, to one mi dzisiaj akurat pasują. Chociaż w sumie może nie wszyscy wiemy. Licealista wie i myśli, że jest mądry, a to po prostu program nauczania... Tak czy siak, słowa w głowie ugrzęzły. I dziś wbiły się do niej niewyobrażalnie. Jakoś nigdy nie było moim celem poruszać jakiekolwiek medialne tematy na tym blogu, ale proste i logiczne, że nie da się tego uniknąć, szczególnie wtedy, gdy coś bardzo mocno cię dotyka. I tak "ideał sięgnął bruku". A nawet dwa ideały. Jeden ma jeszcze szansę, bo wierzę w to tak zwane domniemanie niewinności, ale tak ciężko uwierzyć w cokolwiek. Media piorą mi mój młodzieńczy móżdżek. I jest mi dość ciężko. W mord nie uwierzę, póki nie zostanie udowodniony, ale kwestia dopingu wydaje się być jasna. I tu wtedy przypomina się ten drugi "ideał", który w gruncie rzeczy zranił mocno, choć nie miało się z nimi ani nic wspólnego, ani nie było się z nim jakoś specjalnie emocjonalnie związanym. Choć to może kłamstwo. Bo obserwowanie Lance'a, jego wyników, było naprawdę czymś niebywałym. Nadczłowiek! Jasne, tylko o ile piękniejsza była wizja, kiedy miało się to poczucie, że do wszystkiego doszedł zupełnie sam. Z drugiej jednak strony - zdaję sobie sprawę, że środowisko wcale nie jest "czyste", że Lance może i był pionierem, ale w ślad jego działań poszło wielu innych, ba! pewnie i wielu było na długo przed nim. Tylko po co udajemy, że wszystko jest okej, że wszystko jest fair? Zdaję sobie sprawę, że w sporcie doping działa ostro. Ale chcę wierzyć, że ci, których szanuję i podziwiam są od tego dalecy. I czuję się głupio, bo tak długo wierzyłam, że Lance jest niewinny, że to wszystko tylko oszczerstwa pod jego adresem, naprawdę w to wierzyłam. I widać jak mocno mnie to dotknęło, przecież ile już czasu minęło odkąd Armstrong oficjalnie przyznał się do dopingu! I wiedziałam, że kiedyś muszę to gdzieś z siebie wydusić, bo po prostu za długo to siedziało we mnie. Lance, mimo genialnej strategii marketingowej (teraz ciężko uwierzyć mi w cokolwiek z jego strony) i winy, ciągle ma u mnie duży respekt. Szanuję go jako człowieka. Szanuję go jako założyciela Livestrong. Jako sportowiec jest jednak dla mnie przegrany. I nie obchodzą mnie tłumaczenia, że "inni też stosują doping". I nawet nie obchodzą mnie tłumaczenia jak ciężkim sportem jest kolarstwo. Chciałam wierzyć, że Lance jest "nad" pod każdym względem jedynie dzięki swoim umiejętnościom i ostremu treningowi. Nie odmawiam mu serca (choć, seriously, błagam, kochać coś i to niszczyć) i ciężkiej pracy, ale fakty są faktami, a moje myśli i serce nieprzebłagane w tej kwestii, o!

Ale po co mi myśleć, lepiej oglądać patałachów latających za piłką - Barcelono, Milanie nadchodzę! W porządku, zwracam honor, patałachy to bardzo złe określenie, szczególnie, że nie myślę o was w ten sposób, ale jestem zła, o. I każdą swoją myśl będę kończyć literką, o. Bo tak mi się podoba, o.
20.02.2013 o godz. 21:06
not even a close
not even a little bit,
not even at all.







ŚMIECHU WARTE


Nie mam siły, nie mam ochoty.
Tagi: bro
22.01.2013 o godz. 14:31
statystyki